Presja otoczenia wszystko zmienia. Wczoraj się stała rzecz, której od jakiegoś czasu się obawiałam. Powrót mojej kuzynki Alex na kilka dni do polski z Anglii zaowocował grillem. Była tam masa ludzi, osiemnaście osób. Połowy nie znałam. Wszyscy stu procentowi mięsożercy. Jeden dosłownie odmierzał czas i co chwila mówił 'mięsa nie jadłem od dwóch godzin, czas wrzucić coś na ruszt'. Mając na sobie wzrok tylu ludzi uległam presji i zjadłam kawałek karkówki. Po ponad trzech miesiącach bez mięsa stwierdziłam, że to wogóle nie ma smaku. Kolejne kęsy kwitły mi w ustach i ledwo mogłam to przełknąć. Zrobiło mi się nie dobrze. Gdy chcieli mi dołożyć to karkówki, to kiełbasy, stanowczo odmawiałam tłumacząc się, że się najadłam. Może to głupie, ale bałam im powiedzieć 'sorry, nie jem mięsa'. Miałam uczucie, że rzuciliby się na mnie i upiekli na tym grillu. Impreza sama w sobie była fajna. Jakby nie ten incydent z karkówką. Dlatego też postanowiłam to poprostu zapić i zapomnieć. Gdy zaszumiało w głowie faktycznie zapomniałam i dobrze się bawiłam. Wcinałam sałatki, surówki i bułki. Humor dopisywał. Do domu wróciłam późno, bo około pierwszej, a dziś do szkoły na siódmą więc wstawałam o 4:50! Jakoś wstałam i nawet nie było najgorzej, ale gdy uświadomiłam sobie co wczoraj się stało, poprostu się rozpłakałam...