Witam!
Tak naprawdę chciałam o tym napisać już wczoraj, ale brak czasu znowu mnie zdominował. Przejdę więc do rzeczy. Wczoraj żegnałam moją kuzynkę i jej chłopaka na lotnisku. Myślałam sobie 'luzik, ja będę płakać? za kuzynką? to śmieszne, pozwiedzam lepiej lotnisko (bo byłam tam pierwszy raz)', a tu się okazało, że wyłam jak oszalała. Dlaczego? Naprawdę dziwne uczucie. Gdy pomyślałam, że nie będę ich widzieć przez sześć tygodni to coś ścisnęło mnie w dołku. Najgorzej było, gdy zobaczyłam jak żegnają się z rodzicami, wszyscy płakali i ta atmosfera bardzo mi się udzieliła. Były też chwile strachu. Samolot ruszył na pas startowy i poprostu zatrzymał się. Stał tak z ładne dziesięć minut, więc wszyscy byli zdenerwowani. 'Co się mogło stać?' wszyscy zadawali sobie to pytanie. Okazało się, że 'niebo było zajęte' (dosłownie). Moja ciocia już miała czarne wizje, że samolot się popsuł, ale na szczęście wszystko zakończyło się szczęśliwie. Teraz tylko trzeba czekać aż te sześć tygoni minie, a my pojedziemy ich powitać. To będzie zdecydowanie przyjemniejsze. Jedno pytanie jednak pozostaje i stale mnie nurtuje. Dlaczego ludzie muszą wyjeżdżać za granicę żeby sobie zarobić? Młodzi i wykształceni, a jednak w Polsce bez szans na godne życie. Wiadomo, że osoba z magisterką nie chce pracować fizycznie więc co robi? Wyjeżdża na Wyspy Brytyjskie tak jak moja kuzynka. A szkoda. My tu w Polsce tęsknimy, płaczemy, ale jednak nam jest łatwiej, bo mamy przy sobie kogoś bliskiego, a oni tak są zupełnie sami. Znajomi to nie to samo co rodzina.